Kazanie na podstawie 1. Listu św. Jana 2,7-11

Kategoria: Opublikowano: 29 maja, 2019

Autor: Pastor Stephanie Hallmann

23.10.2016 Zjednoczony kościół metodystyczny w Bockau

 

W ciemnościach
Nienawiść i ciemność. Miłość i światło.

Brzmi to prosto. Brzmi tak, jakbyśmy słyszeli to już tysiące razy. Nic nowego. Miłość bliźniego i tym podobne. Miłość braterska. Miłość siostrzana. Miłość do nieprzyjaciół. Znamy to wszystko od małego. Próbujemy też wcielać to w życie. Czasami jest to łatwe, czasami wcale nie takie proste. To także nic nowego.

Wybierzmy się więc w drogę, mały teatr przemyśleń- tak można by to nazwać. Wybierzmy się w drogę, gdzie będzie nam towarzyszył autor 1. Listu św. Jana i fragment tekstu.

Jednak nie w tamtych czasach, lecz w naszych, tu i teraz, gdzieś w wielkim mieście, szarą jesienią.

Jest ciemno.

Noce są dłuższe. Cienie też. Gdzie podziało się światło?

Nie widzisz przed sobą żadnej drogi. Żadnej możliwości, by stąd wyjść.

Światło na końcu tunelu jest widocznie zepsute, nie działa.

Nie można zobaczyć nawet własnej ręki przed oczami.

Jest tak ciemno. Żadnej świetlnej iskry.

Ekspres do kawy jest włączony. Listopad rzuca swoje cienie. W dzień czasami wcale nie jest jasno. Trochę mży. Jesień pokazuje się tylko ze swoimi ponurymi kolorami. Idziesz do skrzynki pocztowej i chcesz znowu przykleić napis: „Proszę nie wrzucać reklam”. Kawa jest gotowa. Wchodzi na Facebooka i oglądasz parę zdjęć z kotami i zdjęcia z urlopu znajomego. Jeszcze nie ma żadnych komentarzy do nowych zdjęć, żadnych like, ponieważ teraz w twoim życiu jest przecież like- buton. Pijesz kawę i rozmyślasz, co robiłeś rano, kiedy nie było Facebooka. Już tego nie pamiętasz.

Potem krótkie spojrzenie na aktualne wiadomości. Niemcy nie chcą ponosić głównej odpowiedzialności za kryzys dotyczący uchodźców, tak czytasz. Czytasz pobieżnie, ponieważ ten temat już cię denerwuje. Nie piszą o niczym innym, tylko ciągle o tym samym!

Pomimo wszystko nasuwa się pytanie:
Dokąd to powinno prowadzić?
Te tysiące ludzi, którzy są na naszym utrzymaniu? Ludzie, którzy uciekają ze swojej ojczyzny, którzy szukają teraz tu miejsc pracy, sprowadzają swoje rodziny, szukają miejsc w przedszkolach, potrzebują terapii, szybkich wniosków o azyl, mieszkań, lepszego życia?

Jak tego wszystkiego dokonać? Czy to jest możliwe?

Miejsc w przedszkolach brakuje przecież dla tych, którzy się tu urodzili! Często renta nie wystarcza na życie! A widzi się jeszcze, jakie warunki stawiają niektórzy uchodźcy…!

Jeśli nie widzi się własnej ręki i jest się zalanym przez falę uchodźców, jak zatem można rozpoznać tu drogę?

Jest ciemno. Droga w wieczorny poniedziałek przez Drezno też nie prowadzi do światła.

Wypijasz swoją kawę i pakujesz swoje rzeczy. Płaszcz od deszczu. Parasol.

Ten dzień, tak naprawdę nie będzie jasny.

W drodze do metra myślisz o tym, że jest to niesprawiedliwe.

To, że jedni mają wszystko, a inni prawie nic. Poza plecami biednych zostanie rozstrzygnięte, że teraz przybędą jeszcze biedniejsi, którzy czegoś oczekują.

Może to nie jest nienawiść, to, co ludzi w Dreźnie wyprowadza na ulice, – tak sobie myślisz idąc do metra. To jest trudne dla wszystkich. Te palące się domy azylantów jednak też nie prowadza do światła.

Dokąd powinno to prowadzić?- pytasz siebie.

Jest ciemno.
Wszędzie jest ciemno. Nienawiść, czy coś podobnego- ma łatwe pole do działania. Ponieważ w ciemności widzi się najwyżej kontury, zarysy. W ciemności, prawie wszystko działa zagrażająco.
Potem, nagle mowa jest o falach i pasożytach, nie o ludziach.
Nie widzi się ran innych ludzi, nie widzi się blizn na ich twarzach. Nie widzi się ich łez.
Najwyżej widzi się zarysy mnóstwa ludzi, tłumów ludzi.
Tu nienawiść ma duże pole do popisu.

Kto zaś swojego brata nienawidzi, żyje w ciemności, działa w ciemności i nie wie, dokąd dąży, ponieważ ciemności dotknęły ślepotą jego oczy.

Zatem, jeśli jest tak ciemno, nie możemy przecież nic zrobić.
Co powinno się zrobić przeciwko bandom przemytników, którzy w ciemności, nocą, we mgle na libijskim wybrzeżu, wciskają ludzi na małe łodzie?

Co powinno się zrobić przeciwko temu, że w Mali każdego dnia porywane są dzieci, po to, by potem na Wybrzeżu Kości Słoniowej, bez zapłaty zbierały na plantacji ziarna kakaowe dla naszej czekolady?

Co powinno się zrobić przeciwko temu, że wciąż jeszcze setki i tysiące ludzi topi się na Morzu Śródziemnym, po części też, dlatego, że są napadani?

Logiczne, myślisz: Kiedy jest tak ciemno, nie widzi się żadnej drogi.
Trzeba znaleźć kontakt ze światłem. Ale jak?

Dzień jest taki ponury, że światła uliczne nie powinny być wyłączane.
Patrzysz jeszcze raz w swój smartphone- wciąż nie ma żadnych lików!

Myślisz o kontakcie świetlnym, o plantacjach kakao i czekoladzie i wsiadasz do metra.

Trzeba w ciemności znaleźć kontakt światła. Czy też właśnie wyjść z ciemności.
Im wyraźniej widzi się innych, tym trudniej jest nienawidzić.

Metro rusza, a ty rozglądasz się wokół. Żadnej, choćby jednej pogodnej twarzy
Większość patrzy w swoje telefony. Ktoś, w innym języku rozmawia głośno przez telefon.
Wszyscy sami dla siebie i przeciwko sobie. To zdanie przychodzi ci do głowy i wydaje ci się bardzo trafne. Tu, w metrze jest tak dużo ludzi, a pomimo tego każdy jest sam. Co za obłęd, każdy sam dla siebie!

Jest ciemno.

Każdy dla siebie. Dlaczego tak jest?

Metro turkocze. Jeszcze trzy przystanki, potem musisz wysiąść. Przejeżdżasz obok sklepu i czytasz pośpiesznie szyld, na którym jest napisane: Nowe rodzaje czekolady.
Czy te szyldy muszą być pisane odręcznie? Wygląda to nieprofesjonalnie, – myślisz.
Przed galerią siedzą, zawinięci w koce dwaj żebracy, między nimi śpiący pies.
Większość ludzi chodzi od sklepu do sklepu. Pada coraz bardziej. Niektórzy otwierają parasole.

Każdy dla siebie pod swoim własnym parasolem. Przypominam sobie artykuł z gazety, gdzie napisane było, że samotność działa na zdrowie fizyczne podobnie, jak wypalanie 15 papierosów dziennie.

Wszyscy przeciwko sobie… To nie jest nienawiść, ale pomimo wszystko jest to ciemność.
Gdzie jest kontakt światła?

Wysiadasz i rozkładasz parasol. Robisz szybkie, duże kroki, żeby się nie spóźnić.

Tak to właśnie jest. Każdy wykonuje tylko swoją pracę. Każdy pedałuje sam dla siebie.
Kto siedzi naprzeciwko przy biurku, nie jest ważne. Ważne są akta, liczby. Tu, jest się prawie ślepym dla tego człowieka z naprzeciwka, który nie jest bliźnim, ale bardziej „człowiekiem obok”.

Czy do wartości chrześcijańskich nie należy, aby innych ludzi kochać, jak braci?

Miłość? Czy jest to już kontakt świetlny przeciwko ciemności?

To byłoby trochę za proste. Podczas, gdy twoje myśli krążą, przechodzisz obok dużego plakatu z reklamą papierosów.

Miłością do współbraci, nie mogę uratować żadnych łodzi na Morzu Śródziemnym.
Swoją miłością nie pomogę też dzieciom- niewolnikom na Wybrzeżu Kości Słoniowej.

Zatem, to nie może być kontakt świetlny przeciwko ciemności.
Czy tak?

Kto miłuje swojego brata, ten trwa w światłości i nie może się potknąć.

Deszcz powoli przestawał padać. Niektórzy, powoli zamykali swoje parasole.
Ludzi e, chodzą ciasno koło siebie. Każdy dla siebie.

Jeśli miłość byłaby kontaktem świetlnym, znaczyłoby to przecież, że muszę przyjąć tę wielką całość i rzeczywiście zacząć od siebie. I nigdzie indziej. Muszę przyznać, że ja nie mogę pomóc tym wykorzystywanym dzieciom i tym topiącym się w Morzu Śródziemnym, i tym wygnanym z ojczyzny. Ciężko to wytrzymać. Te myśli są trudne do zniesienia.

Patrzysz na zegarek: Jeszcze zostało pięć minut. Zaczynasz być nerwowy, jest to normalne, kiedy idzie się do urzędu.

Drzwi budynku same się otwierają, meldujesz się w recepcji.
Siadasz w poczekalni, a twoje myśli nie przestają krążyć:
Jeśli ja mogę zacząć od samego siebie, to znaczy to, że: Każdy dla siebie, czy nie?

Nie, to wcale tak nie jest, ponieważ z miłością wygląda wszystko inaczej.

Jeśli ja, na przykład potraktuję urzędniczkę, jak swoją siostrę, to wtedy nagle zobaczę jej podkrążone, zmęczone oczy. Zobaczę wyblakłe miejsce po obrączce. Zobaczę fotografię dziecka na jej biurku. I wtedy, być może będę dla niej bardziej wyrozumiały.

Nie będę myślał tylko o sobie.

Wtedy wszystko będzie przebiegało inaczej. Wtedy będzie jakoś jaśniej. To się zgadza.
Nie zaraz dla całego świata, ale tu- tak!

Słyszysz swoje nazwisko. „Proszę do pokoju 7”, woła zdenerwowany głos.

Wstajesz, idziesz w kierunku urzędniczki, uśmiechasz się życzliwie i wyciągasz do niej rękę: „Dzień dobry!”. Poirytowana odpowiada na twoje pozdrowienie, a potem zaczyna mówić trochę życzliwiej: „Proszę iść za mną. Czy chce pan może… herbaty?”

Na zewnątrz przestało padać. Chmury się rozeszły.

Amen.